15°C bezchmurnie

Warszawa potrzebuje wspólnoty. Rozmawiamy z Dariuszem Grabowskim

Wywiady, Warszawa potrzebuje wspólnoty Rozmawiamy Dariuszem Grabowskim - zdjęcie, fotografia

Z Dariuszem Grabowskim, przedsiębiorcą, b. posłem (1997-2004) i eurodeputowanym (2004-9) rozmawia Łukasz Perzyna

- Warszawiakiem jest Pan z urodzenia. Czy ma to dla Pana znaczenie?

- Tak. Zdecydowanie. To jest mój powód do dumy. Żona pochodzi z Płocka, ale nie mniej niż ja kocha Warszawę. To nasza warszawska tożsamość, tożsamość mieszkańców stolicy, którzy wybrali to miejsce do życia. Odnoszę wrażenie, że warszawiacy coraz bardziej chcą mieć poczucie, że to jest ich miasto.

- Czym się to poczucie przejawia?

- Warszawa jest centrum politycznym i sercem gospodarki Polski. Niestety, przede wszystkim tu ogniskują się konflikty polityczne, które toczą Polskę – podsycane przez konkurujące ze sobą partie. Wylewają się te spory na nasze życie codzienne, czasem nawet na rodzinne czy przyjacielskie kontakty. Być warszawiakiem – to umieć cieszyć się warszawską codziennością. Jak wchodzę do sklepu, mówię „dzień dobry”. Przecież w najtrudniejszych momentach historii warszawiacy potrafili wspierać siebie nawzajem i być dla siebie życzliwi. Na tym opiera się nasza warszawska tożsamość.

- Dostrzega Pan dobre wzorce?

- Przed wojną było w Warszawie kilkadziesiąt kabaretów. Pomysłem na dziś mogą stać się: festiwal warszawskiej gwary imienia Wiecha, konkursy piosenki o Warszawie imienia Grzesiuka, turnieje humoru warszawskiego, widowiska nawiązujące do przeszłości, które przyciągną turystów, typu światło i dźwięk, imprezy osiedlowe akcentujące specyfikę i oryginalność poszczególnych dzielnic. Warszawa musi przestać wyłącznie naśladować inne miasta, bo kopia jest zawsze gorsza od oryginału. To samo dotyczy architektury. Ubolewam, że stolica wyrzekła się przemyślanego założenia urbanistycznego. Siedziby banków wypierają małe sklepy i wszystko, co żyje po godzinie 18. Warszawiacy powinni temu powiedzieć: dość.

- Skąd wziąć środki na zmiany?

- Ogromna, idąca w setki liczba mieszkań w domach sprzed 1939 r. pozostająca w gestii miasta – to pustostany, których się nie remontuje, nie wynajmuje, nie sprzedaje. Tu da się znaleźć pieniądze na pożądane dla mieszkańców zamierzenia. Warszawa potrzebuje inwentaryzacji majątku, planów zagospodarowania, przemyślanej polityki. Z ulg w czynszach powinny korzystać księgarnie czy sklepy muzyczne, a nie banki czy firmy zagraniczne.

- Innym symbolem warszawskiego centrum są rowerzyści po dużym piwie bezkarnie lawirujący na chodniku między ludźmi, straszący kogo się da. Do tego naciągacze i pijacy pod każdym sklepem. A gdzie mieszkańcy? Gdzie miejsce dla nich?

- Takie przykłady pokazują, jak codzienność zabija dziś tradycyjne wzorce warszawskich zachowań. Ludzie się ze sobą nie kontaktują, nie komunikują, żyją obok siebie. Mijają się ocierając w tłoku, ale nie czują, że mają ze sobą coś wspólnego. Pamiętajmy, że przybywa warszawiaków w podeszłym wieku, często samotnych. Osiedlowa impreza, weekendowy jarmark mogą stać się okazją do nawiązania sąsiedzkich znajomości.

- Jaka droga prowadzi do tej wspólnoty?

- Stworzyć okazję bycia ze sobą, pogadania. Co to za problem dla miasta, by dwa razy w tygodniu wydzielić kawałek ulicy na bazarek, ruch puścić obok… A ulicę zostawić drobnym handlowcom, niech przywiozą, co mają. Mieszkańcy z okolicznych kamienic przy tej okazji się spotkają, z sąsiadką czy dozorcą - nawet jeśli nic nie kupią - zamienią parę zdań. Od czegoś warto zacząć, żeby ludzie się ze sobą poznawali i komunikowali. Inny pomysł to przywrócić „życie” w szkołach po zakończeniu lekcji. Szkoły wiejskie wciąż pozostają miejscem spotkań. Dlaczego w mieście po południu nie mogą się ludzie schodzić, choćby korzystać z sal gimnastycznych? Jako dziecko mieszkałem na poddaszu czynszowej kamienicy na Chmielnej. Wszyscy mieszkańcy na wigilię dzielili się opłatkiem – na czele z sumiastym dozorcą Walentym. Dziś sąsiadów często się nie zna. Jeśli mają się tworzyć wspólnoty w kamienicy czy wokół podwórka, powinna koniecznie powstać internetowa telewizja samorządowa, która będzie informować co ciekawego i ważnego dzieje się na każdej ulicy, zachęcać do aktywności i bawić warszawiaków.

- Reprywatyzacja warszawska pokazała, że żadna z głównych partii nie rozwiąże problemów stolicy, umoczone są i PiS i PO?

- Gdy doradzałem „Solidarności” w latach 80 –stolica była w znacznej mierze miastem robotniczym, tu mieściły się kolebki wielkiego ruchu społecznego w zakładach Ursus czy FSO. Gdy je zamknięto Warszawa stała się miastem urzędników, inteligencji, pracowników instytucji finansowych. W odróżnieniu od robotników, którzy wychodzili na ulicę i protestowali – grupy społeczne dziś przeważające w Warszawie nie ujawniają swoich poglądów tak bezpośrednio. W związku z tym sprawujący obcnie władzę w kraju bądź rządzący miastem niejako automatycznie uznają warszawiaków za swój elektorat, są przekonani, że nie muszą zabiegać o ich głosy, bo nie ma alternatywy. Mam nadzieję, że tym razem się zawiodą, a warszawiacy pokażą, że chcą zmian, chcą nadziei i potrafią głosować zgodnie z sumieniem.

- Wspólnoty Samorządowe: Mazowiecka i Warszawska oraz Bezpartyjni Samorządowcy zawarli ogólnopolskie porozumienie niezależnych środowisk. Czy nadchodzi ich czas?

- Moment taki jak wybory stanowi dla wszystkich, którym obrzydła polityczna partyjna bijatyka, znakomitą okazję, żeby powiedzieć: dość. Dotyczy to zarówno Warszawy, jak całej Polski. Należy spróbować. Pomysł wspólnej listy niezależnych samorządowców to wielka szansa. Warszawa od chwili przełomu ustrojowego nieprzerwanie traktowana jest przez polityków jako łup. Dzieli i mnoży się stanowiska urzędnicze, marnotrawi pieniądze. Miasto i mieszkańcy na tym tracą. Nie ma choćby porządnej hali widowiskowej ani terenu wystawienniczego, jakimi dysponują już inne polskie miasta. Niech od Warszawy zacznie się przełamywanie tej politycznej skamieliny. Samorząd powinien być bliżej ludzi. Jestem przedsiębiorcą, widzę jak władza wbrew deklaracjom nie wspiera, a utrudnia im życie. Tymczasem Warszawa powinna dać przykład i stać się miejscem, gdzie polski przedsiębiorca powie – „Wokulski to ja”. Co więcej, niech w Warszawie samorząd terytorialny i gospodarczy pokażą jak znakomite efekty może przynieść taka współpraca. Już zorganizowali się kupcy z Traktu Królewskiego, trzeba im pomóc, by nie zostali wyparci przez zagraniczne firmy. Źle jest, gdy w centralnym i eleganckim punkcie miasta na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, akurat tam, gdzie zbiegają się obie linie metra – wbrew sprzeciwowi wspólnoty mieszkańców władza lokalna forsuje otwarcie kebabu. A niedaleko stamtąd kupcom podnosi się czynsze, zamyka swój lokal jubiler, zwija się zabytkowa apteka. W Paryżu kawiarnia Fouquet na Polach Elizejskich działa od ponad stu lat, a knajpki na Bulwarze Saint-Germain - od dziesięcioleci bez zagrożeń, bo traktowane są jak rodzaj wspólnego dobra, nikt ich nie próbuje zastąpić fast-foodami ani kebabem.

- To dość ambitne wzory. Ciężko do nich równać.

- Warszawa potrzebuje wspólnoty. Tylko tworząc prawdziwe wspólnoty samorządowe uda się odebrać pełnię władzy politykom. Dla mnie symbolem tego, co władza wyczynia ze stolicą i z Polską staje się nowy budynek w kompleksie sejmowym przy ulicy Wiejskiej. Wokół mamy piękne konstrukcje Pniewskiego, oparte na zaokrągleniach, majestatyczne kamienice, pomnik AK przypominający żagiel – a teraz dobudowano kanciaste, o oknach jak szpary domiszcze, w ogóle do tego miejsca nie pasujące. Jak to się ma do wizji Stefana Starzyńskiego, których realizację udaremniła wojna: rozległych bulwarów i monumentalnych budynków użyteczności publicznej. Ich porównanie z tym szpetnym nowym i drogim sejmowym budynkiem wskazuje również na potrzebę odbudowania wspólnoty: skoro parlament nie może być jej znakiem, niech stanie się nim Warszawa.

Warszawa potrzebuje wspólnoty. Rozmawiamy z Dariuszem Grabowskim komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się