10°C pochmurno z przejaśnieniami

Kto sieje wiatr… Samorządowcy nie odrzucają dyskusji o zmianach, tylko dyktat

News, sieje wiatr… Samorządowcy odrzucają dyskusji zmianach tylko dyktat - zdjęcie, fotografia

Samorząd to wspólnota. Konstytucja (art. 16) stanowi, że tworzy ją ogół mieszkańców. Wszyscy... Warto przypominać podstawowe pojęcia, gdy krajem rządzi jedna partia. Bo łaciński źródłosłów tego słowa (od pars – część) dobitnie wskazuje, że każda partia reprezentuje… tylko część obywateli.

Gdy parę lat temu z Mariuszem Ambroziakiem publikowaliśmy „Kraj odzyskiwany”, motywem przewodnim książki stała się ocena samorządów. Posiłkując się „Diagnozą społeczną” wykazywaliśmy, że obywateli zadowolonych z pracy władz lokalnych jest kilka razy więcej niż tych, którym podoba się funkcjonowanie Sejmu czy Senatu. Proporcje się nie zmieniły. Zmianie - i to wcale nie tej dobrej - uległo za to nastawienie władzy centralnej do samorządów. Miejsce respektu (nawet SLD, początkowo przeciwne tej koncepcji, przystało w 2002 r. na bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów miast) zajmuje pojmowanie samorządów jako zbioru posad do obsadzenia przez karierowiczów z aparatu, zadymiarzy od miesięcznic i asystentów poselskich, których Włosi nazywają dosłownie portaborsa czyli (w wolnym tłumaczeniu) nosicielami teczek…

Powracają – bez konsultacji ze społecznościami lokalnymi – projekty metropolii warszawskiej, a także wydzielenia stolicy z Mazowsza czy ograniczenia możliwości pełnienia funkcji do dwóch kadencji. Nie są to sprawy ani tematy nowe. Dyskutowali o nich samorządowcy nie tylko w kampaniach wyborczych. Sprzeciw budzi zakulisowy sposób rodzenia się zmian i rozbrajająca szczerość pisowskich posłów, przyznających, że nie czytali projektów, pod którymi się podpisali. Trudno się więc dziwić, że w lutowym sondażu CBOS ledwo 22 proc Polaków dobrze ocenia pracę posłów. Zaś pomysł, by kandydatów do samorządu wystawiały wyłącznie partie oznacza, że jego zwolennicy przyjmują perspektywę właścicieli Polski, a nie władzy jako służby dla dobra wspólnego.

Mazowsze z ponad pięcioma milionami mieszkańców, a więc wielkości Danii stało się województwem tak rozległym, bo domagali się tego sami mieszkańcy. Z położonego daleko za Radomiem Lipska słali do oddalonej o 153 kilometry stolicy petycje z wieloma tysiącami podpisów, że wolą być administracyjnie związani z Warszawą niż z którymś z mniej zamożnych centrów, chociaż do Lublina mają 80 km, do Kielc 93, nawet do Rzeszowa bliżej…

Historycznie granice zmieniały się wielokrotnie. Przed wojną województwo warszawskie obejmowało Łowicz, a Siedlce zaliczono do lubelskiego. Do 1975 r. osobno istniały województwo warszawskie i stolica jako miasto wydzielone. Potem reforma Edwarda Gierka wprowadziła maleńkie woj. stołeczne, wiążąc równocześnie Grójec z Radomiem, a odległy od stolicy o 38 km Mińsk Mazowiecki z Siedlcami. Chociaż mieszkańcy Tłuszcza codziennie dojeżdżali do pracy w Warszawie, województwo mieli w… Ostrołęce, a wojskową komendę uzupełnień w Wyszkowie.

Po wojnie wiele razy zmieniano też granice samej stolicy: w 1951 dołączono rozległe obszary wiejskie, których integracja zajęła kilkadziesiąt lat. Zanim na Ursynowie wyrosły bloki, przez ćwierć wieku pasły się tam krowy. Przyłączano też osobne miasta: Rembertów (1957), Ursus (1977) i Wesołą (2002).

Sprzeczne ze sobą mapki metropolii warszawskiej budzą sprzeciw nie z powodu samej idei zmiany, ale arogancji, jaka towarzyszy ich rysowaniu – jedną szkicowano tak pospiesznie, aż zapomniano o Podkowie Leśnej. Przypomina to anegdoty o indolencji biurokracji socjalistycznej. Złośliwe komentarze PiS wobec mieszkańców Legionowa, którzy w referendum odrzucili metropolię pokazują, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – bo przecież trzy lata temu pisowcy kibicowali próbie odwołania tą samą drogą Hanny Gronkiewicz-Waltz z warszawskiego ratusza, dbając równocześnie, by towarzyszący demokratycznej akcji trud wzięli na swoje barki niezależni samorządowcy, aby nie nadwerężyć przypadkiem sił partyjnego aparatu.

Nic o nas bez nas – podkreślają na licznych spotkaniach samorządowcy. Paradoksalnie, manewry władzy zamiast ich zastraszyć, sprawiły, że debatują jak nigdy często pomiędzy kampaniami wyborczymi.

To nie z samorządowcami kojarzy się dziś pirackie rajdy samochodami służbowymi i brylowanie młodych urzędników w nocnych klubach. To przywary władzy centralnej. Na wojnie z samorządami partia władzy nic nie zyska. Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Perspektywa najbliższych wyborów samorządowych, niczym końskie okulary określa horyzont myślenia rządzących. Ale po tych lokalnych przyjdą kolejne wybory: parlamentarne. Rządzący muszą o tym pamiętać.

Łukasz Perzyna
Artykuł ukazał się w 25 numerze gazety MWS "Samorządność"

Kto sieje wiatr… Samorządowcy nie odrzucają dyskusji o zmianach, tylko dyktat komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się