1°C całkowite zachmurzenie

Stulecie niepodległości stulecie demokracji

News, Stulecie niepodległości stulecie demokracji - zdjęcie, fotografia

Pracę posłów dobrze ocenia mniej niż jedna trzecia Polaków, podczas gdy samorządowców – ponad dwie trzecie. 550-lecie polskiego Sejmu władza i opozycja obchodziły… każda osobno, co nikogo specjalnie nie zdziwiło. Z przypadającym w styczniu 2019 r. stuleciem odrodzenia parlamentu będzie zapewne podobnie. Chociaż to data pewnie nie tak ważna jak 11 listopada – ale również obfitująca w nie tylko symboliczne znaczenia.

Było co świętować, bo przed 550 laty za panowania Kazimierza Jagiellończyka Polacy zbudowali system przedstawicielski, o jakim mogli tylko marzyć inni w Europie. Pojęcie demokracji, w wielu krajach pojawiające się dopiero jako następstwo rewolucji francuskiej, u nas stało się fundamentem ustroju I RP i dominującego w niej stanu szlacheckiego. Znaczenie tradycji jagiellońskiej wielokrotnie podkreślał Jan Paweł II, wystarczy przypomnieć jego fundamentalne zestawienie Unii Lubelskiej z Unią Europejską, które przyczyniło się do dokonanego przez Polaków geopolitycznego wyboru.

Będzie co świętować również w styczniu, skoro pomimo skrajnie trudnej sytuacji nie mający jeszcze granic ani nawet międzynarodowych gwarancji istnienia i wykrwawiający się w zbrojnych konfliktach z sąsiadami kraj po ponad stuleciu nieobecności na mapach znów wyłonił demokratyczne przedstawicielstwo. Wybory do Sejmu Ustawodawczego 26 stycznia 1919 r. odbyły się tylko tam, gdzie nie trwały walki. Nie przeszkodziło to posłom ani senatorom w tworzeniu podstaw ustrojowych. Budowały je konsekwentnie kolejne reprezentacje. Sejm zagwarantował prawa obywatelskie i pracownicze, jak ośmiogodzinny dzień pracy. Polki zyskały możliwość głosowania już w pierwszych wyborach po odzyskaniu niepodległości, podczas gdy Francuzki musiały na nie czekać aż do zakończenia II wojny światowej. Obie międzywojenne konstytucje – marcowa z 1921 r. i kwietniowa z 1935 r. – pozwoliły na sprawne funkcjonowanie odrodzonego państwa. Pod wieloma względami okazały się nawet lepsze od obecnej, skoro ta kwietniowa ograniczyła liczbę posłów do 208, co w porównaniu z 460 dzisiejszymi wydaje się uzasadnioną skromnością państwa na dorobku. Rocznica niepodległości to również rocznica demokracji, o czym nie wolno zapominać.

Z dzisiejszego sposobu działania tej ostatniej – przynajmniej na parlamentarnym poziomie – Polacy nie są jednak zadowoleni.

Zaledwie 30 procent z nas, ankietowanych przez CBOS dobrze ocenia pracę posłów. Dla porównania: 72 procent uznaje, że sprawnie pracują władze samorządowe. Wszystko to wyniki jednego badania z lipca 2018 r.

Oznacza to, że Polacy sprawnie funkcjonującą demokrację odnajdują w swoich Małych Ojczyznach, ale nie w gmachu przy Wiejskiej. Widać zresztą gołym okiem, jako obrósł on zaporami i fortyfikacjami oraz bezlitośnie wykluczającą biurokracją systemu przepustkowego. Przekonali się już o tym niepełnosprawni, bohaterowie z Armii Krajowej czy goście z organizacji pozarządowych, a nawet dzieciaki ze szkolnych wycieczek, przechodzące pierwszą poglądową lekcję demokracji. O dziennikarzach nie wspominam: poradzimy sobie. W najgorszym wypadku wejdziemy tam jako goście, zaproszeni przez posłów opozycji.

Obecny sejm nagrabił sobie u zwykłych obywateli – jeśli użyć codziennego języka – uchwalaniem budżetu państwa w Sali Kolumnowej zamiast plenarnej bez należytego policzenia głosów, stukotem obcasów posłanki Bernadety Krynickiej, uciekającej korytarzem przed własnymi wyborcami , wulgaryzmami Dominika Tarczyńskiego czy bezbrzeżnym zdumieniem Alicji Chybickiej z PO, pomimo profesorskiego tytułu nie mogącej się nadziwić, że jej głos ma znaczenie. Ale jeszcze bardziej – niezdolnością do podjęcia palących problemów kraju i wojną podjazdową, jaką mandatariusze z Wiejskiej prowadzą z lepiej ocenianą przez obywateli władzą samorządową.

W ostatnim trzydziestoleciu znajdujemy jednak liczne przykłady bez porównania sprawniejszego i godniejszego funkcjonowania reprezentacji narodu. Nawet Sejm kontraktowy, cieszący się mandatem ograniczonego zaufania, precyzyjnie i nie zważając na świąteczną porę uchwalał jedną po drugiej ustawy z pakietu Leszka Balcerowicza. Konstytucja z 1997 r. nie zyskała może entuzjastycznego poparcia wszystkich rodaków, ale stała się chociaż w miarę skuteczną instrukcją obsługi demokratycznego państwa. Gdy premierem był Jerzy Buzek, a marszałkiem Maciej Płażyński, posłowie dniem i nocą pracowali nad czterema wielkimi reformami: samorządową, edukacji, emerytalną i zdrowotną oraz nazywaną piątą z wielkich reformą górnictwa, która pozwoliła na zreformowanie tej branży bez konfliktów społecznych w tempie szybszym niż udało się to Francuzom z Lotaryngią i Niemcom z Zagłębiem Ruhry. Nowy podział na województwa posłowie uchwalali w upalną czerwcową sobotę w porze Wiadomości TVP, a przyjęte wtedy regulacje umożliwiły sprawne pozyskiwanie środków unijnych, stając się zaczątkiem boomu gospodarczego i sukcesu samorządu w Polsce. Sam Jerzy Buzek przypomniał niedawno podczas spotkania demokratów na Foksal, że wszystkie jego reformy przeprowadzano przez Sejm jako projekty rządowe, nie unikając tym samym obligatoryjnych konsultacji społecznych, a obecna władza swoje kontrowersyjne zamysły forsuje jako projekty poselskie, co ułatwia skrócenie debaty.

Demokracja wiąże się z różnorodnością i bogactwem wizji. Polski Sejm pełnił swoją rolę w historii zawsze w klimacie ścierania się opinii i rozwiązań, nigdy w nastroju idylli. Symbolem jego wielkości stała się w I RP Konstytucja 3 Maja, ograniczeń zaś – liberum veto. W Polsce odrodzonej Sejm przyznawał środki na budowę Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, ale też w okresie pomajowym w sali obrad pojawiali się niezaproszeni oficerowie, zaś posłowie z mniejszości komunistycznej zamiast wygłaszać przemówienia wznosili okrzyki: „Precz z faszystowskim rządem Piłsudskiego”.

Wcześniej jeszcze, gdy Polski nie było na mapie, polscy posłowie zasiadali w parlamentach zaborczych, prowadząc w nich – jakbyśmy dziś powiedzieli – skuteczny lobbing na rzecz rodaków. W Wiedniu posłowali z Galicji Józef Dietl i Wincenty Witos, w rosyjskiej Dumie Roman Dmowski, w Berlinie Wojciech Korfanty. Symbolem jednoizbowego parlemnetu PRL pozostaje piosenka barda Jacka Kleyffa: stuk, puk, laską w podłogę, Sejm wyraża zgodę. A także mnóstwo anegdot, włącznie z popularną nazwą laski marszałkowskiej gucwa, od nazwiska zapomnianego już marszałka z ZSL. Ale nawet w tym gremium posłowie z koła Znak interpelowali w sprawie represji w 1968 r, Janusz Zabłocki sprzeciwiał się delegalizacji Solidarności, a Ryszard Bender na długi przez Okrągłym Stołem domagał przywrócenia pluralizmu światopoglądowego. Posłem był wielki aktor Gustaw Holoubek, który zrezygnował z mandatu po wprowadzeniu przez władze stanu wojennego.

Mamy co świętować i warto to robić, bo z tradycji niepodległości i demokracji, które w nowoczesnej polskiej historii pozostają nierozłączne, da się wyprowadzić wiele rozwiązań teraźniejszych problemów. Ale też jedno można doradzić politykom, z płonną może nadzieją, że wpatrzeni w portrety Józefa Piłsudskiego, Ignacego Daszyńskiego, Macieja Rataja czy Wincentego Witosa ujrzą przy okazji w lustrze własną niedoskonałość. Więcej refleksji, mniej fajerwerków.

Łukasz Perzyna

Stulecie niepodległości stulecie demokracji komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się