0°C pochmurno z przejaśnieniami

Radny (nie jest) bezradny

News, Radny jest) bezradny - zdjęcie, fotografia

Choć Polska dopiero budzi się z zimowego letargu, w samorządowych kuluarach już wrze jak w ulu. W końcu za pół roku (i troszeczkę) czekają nas wybory! Oczy wszystkich kierowane są ku eksponowanym miejscom, czyli burmistrzowskim i prezydenckim fotelom. Ale czy słusznie? Czy nie zbyt łatwo zapominamy o tym, że tylko na samym Mazowszu obsadzimy kilka tysięcy miejsc radnych?

A kim jest radny? Mówiąc w skrócie, to osoba będąca najbliżej w łańcuchu władzy publicznej, o wiele bliżej swoich wyborców niż taki na przykład poseł czy senator. Już sam artykuł 23 ustawy o samorządzie gminnym stanowi, że: „Radny obowiązany jest kierować się dobrem wspólnoty samorządowej gminy. Radny utrzymuje stałą więź z mieszkańcami oraz ich organizacjami, a w szczególności przyjmuje zgłaszane przez mieszkańców gminy postulaty i przedstawia je organom gminy do rozpatrzenia”.

Co prawda w tym samym artykule czytamy, że radny „nie jest jednak związany instrukcjami wyborców” – ale jego bliska więź z wyborcami ma wymiar swoistego nakazu ustawowego. Po to zresztą radni są powoływani: by być jak najbliżej swoich wyborców, a przez to – jak najefektywniej przenosić prośby i potrzeby mieszkańców na łono władz samorządowych.

Czy faktycznie bezradny?

Niestety, dzisiaj w wielu samorządach, zwłaszcza tych oddalonych od stolicy, osoby zasiadające w radach miejskich i gminnych nazywane są raczej… bezradnymi. Przeciętny członek rady jest słabo zorientowany w kwestiach prawnych i szybko popada w zależność od władzy wykonawczej w samorządzie – czyli od wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Tym samym często zdarza się tak, że jest on wyrazicielem raczej opinii wójtowskiej, a nie obywatelskiej. Paradoksalnie jednak, gdy rozmawia się w kuluarach z radnym gminy X czy miasteczka Y, można usłyszeć, że on niewiele może. Dlatego najczęściej siedzi cicho, nawet gdy mieszkańcy w petycjach domagają się konkretnego działania.

Tymczasem radni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że to oni mają większą władzę niż wójt czy burmistrz. I to oni stanowią prawo gminne, które wójt czy burmistrz – jako władza wykonawcza – musi realizować. Warto przypomnieć, że zgodnie ze wspomnianą ustawą do WYŁĄCZNEJ kompetencji rady gminy (rady miejskiej) należy np. ustalanie wynagrodzenia wójtowi czy burmistrzowi, uchwalanie budżetu gminy, uchwalanie studium zagospodarowania przestrzennego, wysokości podatków i opłat lokalnych, wyrażenia zgody na emisję obligacji, ustalania maksymalnej wysokości zaciąganych pożyczek i kredytów… Zatem nikt nie może nawet twierdzić, że radny nic nie może. Wręcz przeciwnie: radni mogą dużo więcej niż organy władzy wykonawczej.

Bez decyzji radnych wójt czy burmistrz nie będzie w stanie skutecznie zarządzać budżetem. Brak uchwalonego budżetu powoduje zaś, że nie można uruchomić planowanych inwestycji. Brak zgody na zaciągnięcie pożyczki blokuje możliwość sfinansowania konkretnego przedsięwzięcia. Nie chodzi oczywiście o to, by stosować wieczną obstrukcję i wiązać ręce organom wykonawczym. Ale radni powinni zajrzeć głębiej do ustaw, by zrozumieć, jak dużo zależy od nich.

Tymczasem jednak…

pospolitość skrzeczy…

Radny, zwłaszcza w większej grupie, może zatem zdziałać bardzo dużo. Pomagać w rozsądnym zarządzaniu mieniem wspólnoty lokalnej, ale jednocześnie pytać, dlaczego zatrudniana jest osoba X a nie Y na dane stanowisko; dlaczego buduje się drogę we wsi X, a nie Y – choć ta druga jest bardziej uczęszczana. Negocjować rozłożenie budżetowych nakładów, w trosce o dobro CAŁEJ GMINY.

Tak być powinno, ale nie jest. Dlaczego więc jest tak, że w radach gminnych – gdzieś w głębi Polski – udzielnymi książętami stają się wójtowie czy burmistrzowie? Wydaje się, że największym problemem są kompetencje samych radnych. A raczej ich brak. Radni są co prawda takim vox populi. Ale nie potrafią np. rozmawiać z prawnikami, opłacanymi – co prawda – z pieniędzy gminnych, ale zatrudnianymi przez wójta czy burmistrza. Wystarczy więc zamachać radnym przed oczami ustawą i większość z nich bez jęczenia głosuje tak, jak chce wójt. Nie zawsze zgodnie z interesem nadrzędnym, czyli interesem wspólnoty gminnej. Za to w szeroko pojętym interesie wójta.

Jeszcze groźniejsze jednak wydaje się co innego: w wielu gminach dominują paternalistyczne układy, których hasłem staje się: „na tego zawsze głosowalim, więc zagłosujem jeszcze raz”. Radny, który zasiada piątą kadencję w konkretnej radzie, nabiera manier, które kształtowały się jeszcze w latach 90. XX wieku. W polityce to całe pokolenie temu. Inne mamy już społeczeństwo, inne mamy potrzeby. Tylko radnych tych samych…

Jeśli dołożymy do tego relatywnie wysokie diety, sięgające tysiąca złotych miesięcznie, które są nieopodatkowane i stanowią wyłączną własność radnych (po rytualnym podpisaniu listy obecności na posiedzeniach komisji rady lub podczas sesji) – wyłania nam się z tego dość ponury obraz. Obraz radnych raczej niezorientowanych w sprawie, raczej niezaangażowanych w działalność pośredniczącą pomiędzy wójtem a społeczeństwem, raczej nastawionym na łatwy zysk (przysłowiowe „trzy stówki za godzinkę plus paluszki”) – a nie autentycznie zajmujących się współrządzeniem i współkształtowaniem własnej wspólnoty. Dla aktywnych radnych to obraz krzywdzący. Ale jest niestety w jakiejś mierze prawdziwy.

Jak to zmienić?

W 2015 roku Krajowa Sieć Konsultacyjna Liderów wydała bardzo ciekawy raport będący efektem diagnozy przeprowadzonej w grupie wielu liderów lokalnych, którzy zasiadają w radach gminnych i miejskich. To bardzo ciekawe spojrzenie z perspektywy zarówno samych radnych, jak i wójtów czy burmistrzów sprawujących władzę nie tylko w dużych miastach.

Jeden z ankietowanych przedstawił taką oto opinię, którą przytaczają autorzy raportu: „Niska pozycja radnych w hierarchii samorządo­wej i obywatelskiej, wzmocnienie pozycji władzy wykonawczej wójtów, burmistrzów, prezyden­tów, starostów i marszałków (…) doprowadziło do tego, iż wielu miejscach w Polsce rady są tylko nomi­nalnym głosem mieszkańców. Sami radni stali się maszynkami do głosowania, zakładnikami zasie­działych układów". (podkr. aut.) Radni ograniczają swą rolę do wysłuchania propozycji władzy wykonawczej”.

Lepszej analizy pozycji radnych chyba nie można znaleźć. I niestety – bardziej pesymistycznej diagnozy. Co prawda w 2018 roku będziemy głosować w innych warunkach niż w kilku ostatnich kadencjach. Niewiele jednak się zmieni jeśli chodzi o prawa i obowiązki samych radnych. Co można zatem zmienić tu i teraz, by udało się ruszyć „bryłę z posad świata” i „nowymi pchnąć ją tory” – jak namawiał niegdyś do tego wieszcz Adam?

Przede wszystkim należałoby postawić na ruchy obywatelskie, które są w stanie wyodrębnić ze swojego środowiska kandydatów na radnych. Kandydatów mogących udowodnić, że w przeszłości realizowali funkcje mediacyjne na linii władza – obywatele. Kandydatów, którzy nie będą bali się pytać, walczyć o kwestie ważne dla przeciętnego Kowalskiego. A te możemy znaleźć w gronie organizacji pozarządowych. Jakość demokracji w małych miasteczkach kuleje m.in. dlatego, że społeczności owych miasteczek zostały skutecznie odcięte od budowania lokalnych wspólnot. Dbają o to „starzy”, czyli etatowi radni, a także sami wójtowie i burmistrzowie, którzy w części przynajmniej zapadają na dziwną chorobę zwaną TKM. Wielu włodarzy chce sprawować (i sprawuje) swoją władzę samodzielnie. Im mniej ludzie pytają – tym lepiej. Liderzy lokalni nie powinni się bać stawiać tych pytań.

Warto także zastanowić się nad tym, by kandydaci na radnych zrzekli się diety w przypadku sukcesu wyborczego. To mógłby być wyraźny ruch wskazujący na to, że idzie się do rady po coś więcej niż wizyta w okienku kasowym urzędu gminy. A to jest często jeden z ważniejszych motywów kandydowania. Ponieważ zaś każda władza deprawuje – trzeba starać się, by pokus było jak najmniej.

Wreszcie warto wyłonić ze swoich środowisk ludzi, którzy nie będą zależni od władz lokalnym względami pracowniczymi. I w gminach, które mają 5-10 tysięcy mieszkańców nie jest to łatwe. Z drugiej jednak strony może to być kwestia rozejrzenia się dookoła trochę uważniej. Nie zawsze ci, którzy lubią przemawiać publicznie, są najlepszymi radnymi. Może przedsiębiorca, który potrafił zbudować coś z niczego? A może nauczyciel, który potrafi gromadzić wokół siebie młodzież? Strażak z OSP, który rozumie, że swoją pracę czyni dla ludzi? Warto szukać nowych rozwiązań. Choćby dlatego, że dobre jest wrogiem lepszego…

Oczywiście – papier przyjmie wszystko. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Ale jeśli nie spróbujemy, nigdy nie dowiemy się, jakie są na to szanse. Zatem – panowie i panie – do dzieła!

Michał Wiśnicki


 

Radny (nie jest) bezradny komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się