1°C pochmurno z przejaśnieniami

Polska to nie partia. Rozmowa z Piotrem Strzemboszem

Wywiady, Polska partia Rozmowa Piotrem Strzemboszem - zdjęcie, fotografia

Radnym Sejmiku Mazowieckiego (Prawica Rzeczypospolitej)

- Jak ocenia Pan szanse niezależnych list i nowych inicjatyw w wyborach samorządowych? Przed trzema laty sondaże pokazywały, że obywatele chcą widzieć w samorządach kandydatów z komitetów lokalnych, ale w sejmikach najlepsze wyniki uzyskały partie?

- PO, PiS, ale także PSL. Mamy tutaj do czynienia z prostym mechanizmem, że wybory do sejmików wojewódzkich i rad w największych miastach odzwierciedlają ogólnopolskie proporcje sił głównych ugrupowań. Zdarzają się co najwyżej wyjątki, jak kiedyś lista Rafała Dutkiewicza na Dolnym Śląsku, ale gdy w ogólnopolskich sondażach ma się 20 czy 30 procent, to choćby do sejmików wystawiono najgorsze ciury obozowe – i tak lista uzyska mandaty, a mając poparcie wynoszące 6 czy 8 procent, nawet najlepszy kandydat skazany jest na porażkę. Do sejmików mamy okręgi wielomandatowe, ale przy 5-6 mandatach komitety muszą uzyskać ponad 10 procent poparcia, by przypadł im choćby jeden mandat. I dlatego na tym szczeblu wybierani radni zazwyczaj reprezentują te siły polityczne, które przewodzą w sondażach ogólnopolskich. Serwisy informacyjne skupiają się na „wojnie na górze” pomiędzy głównymi partiami. Dlatego partie obecne w Sejmie dzielą między sobą sejmiki, a komitetom lokalnym pozostaje walka o niższe szczeble samorządu, gdzie nie głosuje się „na Schetynę, Kaczyńskiego czy Petru”, ale na lokalnego społecznika, kierownika przykościelnego chóru czy lubianego nauczyciela, którego atutem jest osobisty dorobek, a nie przynależność do PO czy PiS.

- To smutna konstatacja, bo sejmiki odgrywają istotną rolę, chociażby w podziale unijnych funduszy.

- Zgadza się, chociaż warto zauważyć, że te fundusze dzieli zarząd województwa, a nie radni. Obecny konflikt skupia się na sprawach trzeciorzędnych. Nikt nie analizuje, co w sprawie działań samorządów ma do zaproponowania Platforma, a co PiS. Liczą się memy… Nie o sam żart w nich chodzi, tylko o to, by pognębić konkurencję. Panią premier wyśmiewa się, że założyła buty traperskie, bo rzekomo chce tylko udawać, że pomaga poszkodowanym przez nawałnicę – a to akurat były buty stojącego obok wojewody. Czy to sprawy na tyle ważkie, by skupiać się na nich w debatach? Niedobry to sygnał, bo politycy nie zajmują się realnymi problemami, które powinni rozwiązywać, a wyborcy emocjonują się polityczną bijatyką zapominając, że od kandydatów należy wymagać dużo więcej.

- Weto prezydenta Andrzeja Dudy wobec pisowskiej ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych przełamało jednak prosty podział: że oto PiS chce podporządkować sobie samorządy, a reszta sceny politycznej ich broni?

- Wiem, że prezydent przed decyzją spotykał się i rozmawiał z samorządowcami, ale nie potrafię zdefiniować konsekwencji wynikających z tego weta. Jednak na podstawie niemal 20 letnich doświadczeń samorządowych i obserwacji polityki krajowej dostrzegam powtarzający się mechanizm, gdy kolejne ekipy rządzące próbują zapewnić sobie reelekcję krojąc na swoje potrzeby ordynację wyborczą czy przesuwając granice okręgów. Odbywa się to kosztem komitetów lokalnych i nowych inicjatyw. Pamiętam, jak w 2010 r. Platforma chciała zmienić granice okręgów wyborczych na Mazowszu, by zwiększyć swoje szanse na mandaty. Zabiegi tego typu służą jednej partii, nie Polsce. Nie obywatelom, lecz partyjnym aparatom. A Polska to nie partia… Jestem zwolennikiem pomysłu, by parlament uchwalił ordynację, która by weszła w życie nie wcześniej, niż za sześć lat od uchwalenia. To byłaby gwarancja, że reguły wyborcze nie będą dostosowane do potrzeb partii, która ma większość w chwili głosowania, bo tego, czy za 6 lat będzie ona u władzy, czy w opozycji, czy będzie jej sprzyjać ordynacja premiująca duże partie, czy korzystna dla komitetów z niższym poparciem, nie przewidzi żaden partyjny demiurg.

- Dla Pana i kolegów z Prawicy Rzeczypospolitej decyzja powołania nowego ugrupowania w sejmiku musiała być trudnym wyborem, skoro mówi Pan o dominacji największych partii, którą trudno przełamać?

- Owszem, ale na naszą decyzję wpływały co najmniej dwa czynniki. Po pierwsze PiS sprawując władzę w Polsce nie realizuje części obietnic wyborczych, nie walczy o istotne sprawy. Na przykład została zaakceptowana szkodliwa dla Polski umowa CETA, projekt ustawy zmierzający do zwiększenia ochrony dzieci poczętych został przez większość sejmową skierowany do komisji i następnie odrzucony bez jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji czy próby eliminacji kontrowersyjnych zapisów, rząd – mimo wcześniejszych zapowiedzi - nie wypowiedział szkodliwej konwencji „antyprzemocowej”, wprowadził za to niekorzystne rozporządzenie dotyczące edukacji domowej, a rozporządzenie z 2015 r. o tak zwanej „edukacji antydyskryminacyjnej” zostało wycofane przez PiS dopiero m.in. po apelach Prawicy Rzeczypospolitej.

Postawa kierownictwa PiS względem ochrony życia poczętego może świadczyć o tym, że partia rządząca wycofuje się pod presją czarnych marszy, ale skłaniam się to wniosku, że po prostu liderzy tej partii nie są autentycznymi obrońcami życia poczętych dzieci, a aborcja eugeniczna, która dokonywana jest w polskich szpitalach, to dla nich sprawa bez większego znaczenia. I druga, nie mniej istotna kwestia. Nasze partie zawarły w 2012 roku porozumienie, na mocy którego Prawica Rzeczypospolitej miała mieć zagwarantowane miejsca na listach PiS i mimo, że to nie były miejsca gwarantujące uzyskanie mandatów – czwarte na listach samorządowych i ósme do Sejmu – Prawo i Sprawiedliwość umowę złamało nie rejestrując znacznej części prawidłowo przez nas zgłoszonych kandydatów. Trudno więc sobie wyobrazić, byśmy trwali przy silniejszej partii i bezkrytycznie ją wspierali nie mając w zamian czegoś, co nie tylko było zawarte w podpisanej przez liderów, Jarosława Kaczyńskiego i Marka Jurka, umowie, ale co wynika z konstytucji, czyli biernego prawa wyborczego. Liderzy PiS doprowadzili do tego, że pojęcie „Zjednoczona Prawica” istnieje już tylko na papierze.

- W czym widzi Pan atut waszej nowej formacji w Sejmiku Mazowieckim?

- Ludzie nas znają, często nazywają „jurkowcami”, bo jesteśmy identyfikowani z naszym liderem Markiem Jurkiem, politykiem, który wielokrotnie pokazał, że należy walczyć o sprawy, które się głosi, a nie tylko o nich mówić. Przeciwnicy mogą w tym widzieć donkiszoterię, ale jestem przekonany, że znaczna część wyborców to docenia. Mimo, że klub Prawicy Rzeczypospolitej liczy zaledwie trzech radnych, staramy się nie stać z boku. Jeszcze w barwach PiS osiągnęliśmy sukces w sejmiku, gdy nasz projekt dotyczący naprotechnologii (leczenia niepłodności) został przyjęty przez większość. Nie zależało nam na politycznym nagłaśnianiu sprawy, ale na skuteczności, więc Marian Piłka, inicjator projektu, nie tylko zgłosił go kolegom z ówczesnego klubu PiS, ale poszedł do marszałka Adama Struzika z PSL i go do projektu przekonał. Ostatecznie również PO za nim zagłosowała, więc mamy satysfakcję, że nawet będąc w opozycji można działać skutecznie. Od stycznia działamy samodzielnie, ale nie jesteśmy bierni, np. doprowadziliśmy do upamiętnienia ofiar rzezi wołyńskiej – projekt zgłoszony przez Krzysztofa Kawęckiego przeszedł w sejmiku w nieco tylko okrojonej formie. Zdajemy sobie sprawę z niewielkiej siły naszego głosu, ale pracujemy nad tym, by był bardziej słyszalny, by nasze postulaty były uwzględniane w komisjach, w których zasiadamy.

- Czy będziecie zabiegać o porozumienie z niezależnymi, z lokalnymi komitetami?

- Celem przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi jest zbudowanie w całej Polsce list do sejmików i miast wojewódzkich, oraz, być może, również rad na szczeblu powiatów. Dlatego rozmawiamy z bliskimi nam ideowo i programowo partiami i środowiskami. Władza lokalna zajmuje się nie reformą edukacji, to domena rządu i parlamentu, a konkretną szkołą i jej problemami, nie służbą zdrowia, a konkretnym szpitalem czy przychodnią, która wymaga remontu czy doposażenia w specjalistyczny sprzęt. Lokalne potrzeby, a nie poglądy lewicowe czy prawicowe, powinny decydować, gdzie znajdą się agendy wojewódzkich instytucji, która placówka podlegająca samorządowi zostanie zlikwidowana, a która połączona lub zmodernizowana, którą drogę należy remontować w pierwszej kolejności, a która musi poczekać, bo środki są ograniczone. Gdy zawrzemy porozumienie wyborcze, zastanowimy się, jak wspólne postulaty i idee przedstawić w atrakcyjnej formie i przekonać do nich wyborców. Co zrobić, by nasz program nie był broszurką w partyjnym archiwum, ale był realizowany. To zadanie trudne, ale realne.

Polska to nie partia. Rozmowa z Piotrem Strzemboszem komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się